Myślę, że w rozwoju relacji międzyludzkich zachodzi często coś, co nazywam “miesiącem miodowym”. I nie chodzi mi tu o relacje w znaczeniu angielskiego “relationship”, czyli bliskie związki dwojga osób, a w znaczeniu standardowego “relation”, a więc wszelkie, rozwijające się, stosunki pomiędzy mającymi ze sobą regularnie do czynienia ludźmi.
Sytuacje, o których myślę, mogą być najróżniejsze. Przykładem niech będzie przypadek nowego szefa, który na początku stawia podwładnym pizzę, czy przysyła maile z pochwałami. Stopniowo staje się to coraz rzadsze, zakrada się “normalność”, a sukcesem pracownika zaczyna być już sam brak ochrzanu. Inny przykład? Dżentelmen dla przyszłej teściowej, po ślubie stopniowo zaczyna czuć się przy niej równie swobodnie, co w otoczeniu sypialnianych mebli. Skończył się etap ostrożnego sondowania granic i wyczuwania terenu, zaczęła się szara rzeczywistość. Powolne odkrywanie siebie i sprawdzanie innych jest dla nas naturalne. Czy fajnie byłoby, żeby ten stan trwał? Być może, ale problem jest czysto akademicki, bo nasza psychika funkcjonuje inaczej. Nie jesteśmy w stanie kontrolować się w nieskończoność, musimy w końcu “wrzucić na luz”.
Czy to zjawisko złe? Dobre? Pisałem już, że psychologia nie ocenia, a wspominam o nim dlatego, że warto czasem mieć je na uwadze, podejmując decyzje związane z ludźmi. Jak ta osoba będzie zachowywać się przy mnie, kiedy skończy się “miesiąc miodowy”? Czego ona może po tym okresie spodziewać się po mnie? Jak wpłynie to na moje życie? Zadaj sobie te pytania, jeśli planujesz przebywać w czyimś otoczeniu przez dłuższy czas. Oczywiście są różne warianty przebiegu sytuacji po okresie sondowania. Może to być normalna relacja, w której czasem zdarzają się konflikty. Zdarza się również, że ktoś w sposób uporczywy zachowuje się na tyle toksycznie, że nie da się z nim utrzymywać kontaktów po początkowym okresie, o ile nam życie i zdrowie miłe. Możliwy jest też nawrót “miodowego miesiąca”, zwłaszcza jeśli długo się nie widzicie. Ze wszystkich tych powodów jestem sceptyczny w stosunku do szeroko propagowanej wagi “robienia pierwszego wrażenia”. To takie ważne, bo można je zrobić tylko raz – wbija nam się do głów. OK, ważne, ale w konkretnych przypadkach. Na przykład na rozmowie kwalifikacyjnej, tylko dlatego, że jeśli kiepsko wypadniesz, to następnej rozmowy może nie być. Albo zapewne przy szukaniu “krótkoterminowego” partnera.
W znacznie większej liczbie sytuacji masz okazję zrobić wrażenie drugie, piąte czy dwudzieste i naprawdę nie ma sensu szczególnie przejmować się tym początkowym. Poza tym budująca jest myśl, że nie każdy nas „skreśli”, tylko dlatego, że spotykając go po raz pierwszy mieliśmy absolutnie koszmarny dzień.
