Martin Seligman należy do gigantów współczesnej psychologii.
Jego teoria wyuczonej bezradności to jedno z ważniejszych odkryć nauk społecznych XX wieku. U progu nowego tysiąclecia, Seligman uznał, że czas skończyć z psychologią niedostatków i patologii, żeby życie było pełne należy iść dalej. Ożywić w nas pasję i talent.
Pomysł, żeby wyjść poza zwykłą walkę z zaburzeniami nie jest nowy, psychologia szczęścia to pojęcie znane od dziesięcioleci. Polacy mają tu swój wkład, żeby wspomnieć choćby prof. Kozieleckiego. Tym niemniej, to Seligman nadał całej zabawie kopa i rozmach. Są też inne, ważne dla tej idei, persony, choćby prof. Csíkszentmihályi. Wracając do rzeczy, czyli psychologii pozytywnej, badając poczucie szczęścia ustalone trzy jego składowe. Po pierwsze: odczuwanie przyjemności. Sprawa prosta, mówimy tu o pozytywnych emocjach i wszelkich miłych doznaniach zmysłowych. Po drugie: zaangażowanie. Ów słynny flow, w który wpadamy, gdy robimy to, co lubimy najbardziej, zatracamy się, wszystko wychodzi płynnie, bez wysiłku. Czas staje w miejscu, płyniemy wtedy przez życie, zamiast mozolnie się przez nie przedzierać. I po trzecie: poczucie sensu. Świadomość, że to co robimy ma wartość, coś znaczy, że nasze życie nie jest puste.. Pamiętajmy jednak, że rozsądna ilość zasobów finansowych pozwala nie czuć nadmiernego nieszczęścia, a to też coś. Owszem, odczuwany poziom szczęścia i braku nieszczęścia, to niekoniecznie to samo.
Tak czy inaczej – bywa tak, że jest nam źle, a nawet, że na horyzoncie zaczyna majaczyć depresja. Co wtedy robimy? Często rzucamy się w paniczną i szaloną pogoń za pierwszym aspektem szczęścia, przyjemnością.
A może być tak, że łatwiej i szybciej będzie oddać się swojej pasji lub skorygować kurs tak, by nadać życiu więcej sensu. Czego wszystkim życzę.
